-Witaj ja jestem Pattie, mama Justina a ty jesteś jego dziewczyną prawda?- pytała
-Tak, jesteśmy parą.
-Nie wiedziałam, że jesteś taka śliczna, rzadko widuję tak piękne dziewczyny- mówiła Pattie
-Ja ładna? Bardzo pani dziękuję.- powiedziałam- ale nie sądzę żebym była specjalnie ładna
-Nie jestem Pani tylko Pattie, i masz się tak do mnie zwracać ok?- mówiła słodko Patti.
- Dobrze, więc Pattie czy ty na prawdę pozwoliłaś Justinowi na to wszystko?
- Tak jest już dość dorosły aby móc podejmować takie decyzje….- ciągnęła.
Później chwilę porozmawialiśmy i musiałam już iść bo zaczęło robić się ciemno… Justin oczywiście chciał mnie odprowadzić ale powiedziałam, ze mam niedaleko i sama sobie poradzę. Ale oczywiście uparł się i musiał odprowadzić mnie chociaż połowę drogi… Gdy się rozstawaliśmy na chodniku widać było już dom Sary…
-Pa kochanie- powiedziałam i dałam mu całusa w policzek. Ale on przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować…
- Dobrze, dobrze. Wystarczy przecież spotkamy się jutro… -powiedziałam przerywając pocałunek. Wbiegłam na pasy nie widząc jadącego samochodu… Poczułam okropny ból... Przeszywał mnie to było coś okropnego… Nagle nie czułam już nic słyszałam tylko krzyk mojego ukochanego:
- Nie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Ale było za późno… Nagle usłyszałam karetkę…
- Morfiny!!!- krzyczał ktoś chyba lekarz. I urwał mi się film….
Obudziłam się, ktoś trzymał mnie za rękę. Byłam pewna, ze to Justin. Otworzyłam oczy… Bardzo bolała mnie głowa…
- Suz- mówił JB i zaczął krzyczeć- Doktorze!!! Obudziła się!!!- usłyszałam jak ktoś biegnie i mówi:
- Panno Suzie??? Słyszy mnie pani???
Zamrugałam kilkakrotnie dając znak, że tak.
- Całe szczęście. Najgorsze już za nami Panie Bieber. Nic jej nie będzie ale dopóki nie będziemy mieć stuprocentowej pewności musi tu zostać- mówił lekarz.
- Dziękuję panie doktorze.
-Jus…- ścisnęłam lekko jego rękę bo nie miałam siły.
- Jestem tu- powiedział- nie bój się już wszystko dobrze. Wiesz co się stało?- pytał
- Ja nie… Ja nic nie pamiętam- powiedziałam
- Wpadłaś pod samochód i dzięki lekarzom nic złego ci się nie stało. Ale musisz dużo odpoczywać kochanie- powiedział poczym pocałował mnie w rękę.
Zasnęłam… Gdy się obudziłam w Sali było zupełnie inne światło. Musiałam długo spać ale teraz nic mnie nie bolało prócz ręki. Zerknęłam na nią i miałam ją w gipsie…
- O nie… -jęknęłam.
- Panno Suzie. Miała panienka dużo szczęścia…- mówił dobrze mi już znany głos lekarza. Sala była pełna kwiatów i balonów z napisami „Kocham Cię”.
- Gdzie on jest…- pytałam lekarza
- Na korytarzu, za chwilę go zawołam- powiedział i wyszedł, a gdy wrócił był z nim mój ukochany…
- Jesteś- powiedziałam uśmiechając się.
- Tak, narobiłaś nam wszystkim dużo strachu…
- Siedział tu cały czas aż w końcu kazałem mu wyjść napić się kawy- wtrącił się lekarz- myślałem, że będę musiał go z tond siłą usunąć.
- Mój kochany- powiedziałam do Justina i lekko się podniosłam, bo czułam, że dość długo leżę…- Ile spałam?- pytałam
- Sześć godzin. Ale lekarz przewidywał więcej. Jak dobrze, że nic ci nie jest…- mówił Jus…
- Czy boli coś panią- pytał lekarz- mogę podać pani jakieś leki…
- Nie. Tylko troszkę ręka mnie boli ale bardzo słabo- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się.
- M… dziwne. Powinna boleć panienkę noga, bo ma ją pani pękniętą. Ale skoro nie, to znaczy, że bardzo szybko kość się zrosła. Sądzę, że najdalej za dwa dni panią wypuścimy…- powiedział lekarz uśmiechając się- możesz usiąść jeśli chcesz.
Zrobiłam tak i nie poczułam bólu. Postanowiłam, że wstanę.
-Czy mogę wstać?- zapytałam
- Oczywiście ale proszę ostrożnie- odpowiedział spoglądając na Justina i on pomógł mi wstać ale troszkę zakręciło mi się w głowie, więc się o niego podparłam. Po chwili mogłam już sama stać.
- Nareszcie.- powiedziałam. Ale zobaczyłam jak JB zaciska usta- Kochanie coś się stało?
-Nie, nic ale jesteś pewna, że nic cię nie boli?
-Nie, na pewno.
Resztę dnie przesiedzieliśmy trochę z Sarą, trochę z ciocią i z Pattie. Zbliżała się noc i powiedziałam Justinowi:
-Możesz iść do domu się przespać. Nic mi się nie stanie i czuję się dobrze.
-Nie wolę zostać z Tobą.- odpowiedział. Zasnęłam szybko bo byłam wykończona. W szpitalu nic nie zjadłam bo na widok tamtego jedzenia robiło mi się niedobrze…Rano obudziły mnie promienie słońca wpadające do Sali. Przy moim łóżku siedział JB:
-O już wstałaś. Jak się czujesz?
- Dobrze- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do niego.
- Lekarz powiedział, że dzisiaj po południu możesz wyjść do domu. Chciałbym abyś pojechała do Mnie na kilka dni. Jeżeli oczywiście chcesz. Rozmawiałem z twoją ciocią i ona się zgodziła.
-Oczywiście, że chcę. A Pattie?
-Jej jeszcze bardziej to pasuje. Wiesz, pracowała kiedyś w szpitalu…- wiedziałam, że chce mieć mnie u siebie żeby Pattie mogła mu wszystko powiedzieć o moim stanienie i bym była pod jak najlepszą opieką. Bardzo szybko zdjęto mi gips i mogłam swobodnie poruszać ręką.
Justin spakował moje rzeczy, ja się ubrałam i czekaliśmy na wypis. Po godzinie go dostaliśmy i mogłam iść do domu. Sara spakowała moją torbę i dała ją JB. W domu mojego ukochanego mogłam wstawać tylko do łazienki i tylko wtedy gdy naprawdę musiałam. Chociaż Pattie mówiła, że mogę to Justin mi na to nie pozwalał. W końcu zdenerwowałam się i nie wytrzymałam. Po prostu wstałam i chciałam wyjść do ogrodu na własnych nogach ale jak tylko wstałam i podeszłam już do drzwi prowadzących do ogrodu ktoś mnie podniósł. Wiedziałam, że to Justin i powiedziałam:
-Kotku sama sobie poradzę możesz mnie postawić- ale on zaniósł mnie do ogrodu i położył na leżaku ale ja i tak wstałam.
- Kochanie może byśmy popływali?- spytałam go
-Jasne jeśli tylko chcesz- odpowiedział i mnie pocałował. Szybko pobiegłam się przebrać tak szybko aby nie mógł mnie podnieść. Gdy wróciłam on już pływał. Wskoczyłam do basenu i nurkowaliśmy bo ten basen miał ponad trzy metry głębokości. Od razu czułam się lepiej i po pływaniu miałam ochotę coś zjeść, bo przez te ostatnie parę dni nie mogłam niczego wsadzić do ust i Justin musiał nakłaniać mnie prawie siłą. Teraz czułam, że ktoś się o mnie naprawdę troszczy. Że ktoś mnie potrzebuje…
- Może coś wreszcie zjesz?- zapytał Justin- no wiesz bo jak nie będziesz chciała to będę zmuszony nakarmić cię na siłę haha…
-Wiesz w sumie to z chęcią bym coś zjadła…- powiedziałam. I wtedy Justin kazał mi się wysuszyć a sam pobiegł do domu…
łPo chwili przyniósł nam sałatkę i lody na deser. Zjedliśmy wszystko byłam bardzo zmęczona, więc postanowiliśmy poleżeć i porozmawiać na leżakach.
-wiesz, powinnam wrócić do cioci. Mama nie wie nic o moim wypadku ani nic o tobie… Nie sądzę by była zadowolona z tego, że mieszkam u ciebie. A cioci jest pewnie smutno…
-Dobrze skoro chcesz to jutro zaprowadzę cię do cioci….
-Dziękuję kotku… Jesteś naprawdę wyrozumiały… Taki jeden, jedyny na całym świecie BARDZO CIĘ KOCHAM
-Och, skarbie ja ciebie tez kocham najbardziej na świecie…
Później poleżeliśmy w milczeniu i zasnęłam. Obudziłam się w pokoju… Dziwne bo zasnęłam na leżaku nad basenem. Pewnie mój ukochany mnie tu zaniósł. Podniosłam się i zauważyłam, że on śpi obok mnie, nadal byłam senna, więc postanowiłam jeszcze troszkę pospać. Tym razem było to dużo więcej niż trochę, bo jak wstałam było już ciemno, spojrzałam na zegarek, była 22:58. Justin się przebudził i kazał mi spać ale ja nie mogłam i on też bo wiedział, że boję się ze względu na moje ostatnie przeżycia…
-Choć do mnie- powiedział i mocno objął- wiesz, kierowcą samochody, który cię potrącił był jakiś niepełnoletni chłopak- Robert Mizerski. Pochodzi z Polski więc nie został za to ukarany…
-Co???Dobrze słyszę? Robert Mizerski?
-Tak a coś się stało?
-Tak ja go znam…To taki chłopak, który podkochiwał się we mnie w gimnazjum, a ja dałam mu kosza.
-Nic dziwnego, że się w Tobie podkochiwał. Jesteś najładniejszą dziewczyną na świecie.
-Ale on mi powiedział, że kiedyś pożałuję mojego wyboru, tego ,że nie chciałam z nim być. Ale to nie możliwe…
-Musimy to sprawdzić jutro zadzwonię do mojej ochrony bo maja nam przysłać trzech ludzi i przy okazji poproszę ich o sprawdzenie tego gościa- powiedział mój skarb i nagle ziewnęłam bo byłam już zmęczona.
-Chyba powinniśmy już spać- powiedziałam- jestem zmęczona a ty?
-Ja tez- odpowiedział i położyliśmy się.
Widziałam jego twarz…biegł w moim kierunku… Miał coś w ręku to nóż…
-Nie!!!!!- krzyknęłam przerażona i zapłakana